AMBER — fragment
Rozdział 1
Północna Anglia, współczesność
Siedziała na wzgórzu z zamkniętymi oczami, przywołując obraz i zapach morza. Widok morza był najstarszym obrazem w jej pamięci. Nie twarz matki, nie szkockie wzgórza, ale właśnie morze aż po horyzont. Ten obraz działał na nią kojąco, budowanego przezeń poczucia bezpieczeństwa nie burzyły nawet wysokie morskie fale. Czuła, że jest elementem jakiejś większej układanki na planszy oceanu.
Tydzień zapowiadał się ekscytująco. Od wielu lat poświęcała wakacje na wolontariat archeologiczny, wiedząc, że zyskaną wiedzę i doświadczenie wkrótce wykorzysta zawodowo. Na razie jednak przypadała jej robota mało koncepcyjna. Zazwyczaj spędzała dzień, leżąc na którymś boku i odgarniając ziemię miotełką i szpachlą. Mycie znalezisk było miłym urozmaiceniem, to jednak była wyższa szkoła jazdy i awansowała na ten etap dopiero niedawno, na drugim roku archeologii.
Archeologia pasjonowała ją od zawsze — nie mogła zrozumieć, jak kraje tak bogate w pamiątki historyczne, jak Szkocja, mogą tak flegmatycznie podchodzić do swoich zabytków. Dla niej fascynujące było każde odkrycie lidarem, każda wzmianka o jakichkolwiek śladach sprzed setek czy tysięcy lat. Teraz wiedziała, że po czasach amatorskiej archeologii początków XX wieku nadeszła epoka precyzyjnych pomiarów, laboratoriów i interdyscyplinarnych badań.
Czuła, że uczestniczy w czymś większym niż sama praca w wykopie. Była to sztuka składania w całość rozsypanych puzzli — drobny ułamek ceramiki, zmiana barwy gleby, pyłek rośliny sprzed wieków miał znaczenie. Była już na tyle dorosła, że nie oczekiwała od archeologii nagłych fajerwerków, jak u Indiany Jonesa.
To odkrycie było jednak naprawdę elektryzujące. Najpierw lidar wykrył tajemnicze podziemne korytarze, potem okazało się, że stanowisko jest znacznie większe, bo w okolicy znaleziono też zarysy zabudowań nieznanego klasztoru, najwyraźniej zniszczonego w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia. Tu wiele klasztorów spłonęło w czasie najazdów wikingów — od Lindisfarne począwszy. Daty tych dramatycznych wydarzeń tworzyły w jej głowie coś więcej niż zwykłą oś czasu: były wskazówkami i światłem w tunelu.
W każdym razie już te wstępne badania z powietrza wystarczyły, żeby jej profesor, z błyskiem w oku i z notatnikiem pełnym szkiców, przygotował błyskotliwą dokumentację i zdobył europejski grant na wykopaliska.
Dla studentki było to niemal jak dotknięcie legendy: oto obok ruin klasztoru, który być może zniszczono w czasach najazdów wikingów, rozciągała się sieć jeszcze dawniejszych podziemnych korytarzy. Jedni widzieli w nich ślady przechowalni zboża z epoki żelaza, inni — echo jeszcze starszych rytuałów, które średniowieczni kronikarze przypisaliby druidom. Właśnie ten splot sprzecznych interpretacji sprawiał, że miała poczucie uczestniczenia w badaniach, które mogły zmienić podręcznikową historię Wysp.
Był też element, który szczególnie ją zainteresował i liczyła na to, że zdoła wykorzystać go w swojej pracy magisterskiej. Georadar wyraźnie pokazywał, że korytarze okrążają jakąś okrągłą strukturę — może cysternę, może coś innego — coś, czego lidar nie umie zinterpretować. Spędziła nad mapami tego miejsca wiele bezsennych nocy, robiła rysunki, szkice, czytała prace o podobnych zagadkach. Oświeciło ją dopiero w zeszłym roku, gdy odwiedzała ogród botaniczny w Kew i ułożyła się na odpoczynek pod starym, ogromnym dębem. Miał obwód osiem metrów, czyli o połowę mniej niż plama na obrazie z lidaru. Ale poza tym pasował idealnie!
Ostatni raz wciągnęła głęboko świeże powietrze, wyjęła z kieszeni nową maseczkę przeciwpyłową i zaczęła schodzić w stronę stanowiska. Dopiero zaczynali, a ona nie mogła się doczekać pierwszych odkryć. Nie, nie liczyła na to, że znajdą legendarny Yggdrasill. Chciała tylko, aby to faktycznie było wielkie drzewo.
Z dołu doszła ją wrzawa, a potem Iain zawołał do niej, składając ręce w trąbkę:
— Szybko, Amber, mamy tu coś specjalnie dla ciebie!